| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Do poczytania
Lubię
Ludzie
Muzyczne inspiracje
wtorek, 07 czerwca 2011
Dokładnie za 366 dni przyjdzie, nadejdzie, weźmie i się stanie. Wielkie bum. Pomimo dominujących ostatnio tendencji nie mam na myśli końca świata. No być może koniec świata, jaki znamy dotychczas, ale to w końcu nie taka znów tragedia. Zjadą się i zejdą ciotki, wujki, kuzyni i kuzynki ze wszystkich znanych i nieznanych zakamarków. I na pewno znajdzie się ktoś nie do końca zadowolony, a to z sąsiedztwa przy stole, a to z twardości (bądź miękkości) papieru toaletowego, ale tym nie zamierzam się przejmować. Póki co dokładamy wszelkich starań, a jak komuś i to nie wystarczy, to peszek. Szaleństwo wydawania kasy (której nie mamy właściwie) już się zaczęło i ubaw jest iście po pachy. Szczególnie, że zaginął gdzieś pendrajw z listą gości (to kara za niestandardowe działania, Excel zamiast kartki i długopisu). Być może został tylko wciągnięty do odkurzacza, co pozwoliłoby na w miarę bezbolesne odzyskanie tego spisu czarownic. Odliczanie czas zacząć, proszę państwa, nucąc cichutko pewien wpadający w ucho song "Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret..."

P.S 365 dni brzmiałoby lepiej, ale natura, astronomia i cywilizacja tak zrządziły, że luty 2012 roku ma 29 dni. Peszek.
poniedziałek, 23 maja 2011
Wyrosły mi piękne rzodkiewki. Na grządce oczywiście. Teraz już choćbym była nawet bardzo przybitym małym ludzikiem nie mogę powiedzieć, że nic mi nie wychodzi. Bo rzodkiewki mi wyszły. Wzeszły, wyszły, wyrosły i są pyszne. I to wbrew czarnym wizjom mojego Mężczyzny, że wszelkie rośliny, do których hodowli choćby palec przyłożę, są niechybnie skazane na zagładę. HA! No to sobie wżeram te rzodkiewki w nieprzyzwoitych ilościach, myślę, kombinuję, szukam, aplikuję. A, z rzeczy kończących się na -uje, to jeszcze się wcale a wcale nie załamuję. Bo nie mam czym póki co, jestem w ciekawym momencie życia, sporo opcji stoi przede mną otworem, trzeba tylko coś wybrać i pójść w jakimś kierunku. Co niniejszym uczynię. To taka aluzja do poprzedniej bezpracowej notki, żeby ktoś gdzieś jakoś kiedyś nie odniósł mylnego wrażenia, iż jestem osobą ogarniętą bezdenną depresją. Miewam chwile złości i takie tam inne negatywne fluidy mnie dopadają, ale ogólnie jest fantastycznie. I tego będziemy się trzymać;)
17:22, malarasta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2011
Tygodnie mijają, czasu wolnego brak, a pracy ni huhu. Wygląda na to, że z bezpracowej dziury przeniosłam się do jeszcze bardziej bezpracowej dziury, ale to akurat powinnam była przewidzieć wcześniej, opierając się na dojmującym uczuciu w kościach i aktualnych warunkach pogodowych. Istnieje oczywiście duże prawdopodobieństwo, że to nie brak pracy w okolicach zapadłej dziury jest problemem, ale mój brak PRZYDATNEGO wykształcenia z niewielką domieszką braku pomysłu na to, co właściwie pragnę robić. "Brakpracywszędziecotobędziecotobędzie" jednak lepiej i bardziej budująco brzmi dla mej osóbki, nieprawdaż? No to jestem tu sobie, bezpracowo sfrustrowana (a jak się nie irytować kiedy każda ciocia/babcia/kuzynka trzy razy dziennie pyta czy masz już pracę albo jak idzie szukanie, a na koniec dorzuca, że w Biedronce dobrze płacą) i zagubiona w odmętach swych własnych niesprecyzowanych pomysłów na życie. Niestety taki stan ma więcej wad niż zalet, szczególnie ze względu na bliższe i dalsze otoczenie mojej całkiem malutkiej i skromniutkiej osoby. Toteż należałoby się czemprędzej ogarnąć, ale jakoś mi nie idzie. Lepiej wychodzi mi czytanie komiksów, książek i rozmyślanie jak inni to robią, że mają lepiej i gładciej i mniej problemowo. To sem ja- Kubuś Fatalista we własnej osobie.
Taka mała humorystyczna impresja na temat mojej aktualnej sytuejszyn. Spodziewajcie się więcej.
P. S Wszelkiego rodzaju neologizmy i inne ustrojstwa to zabieg zamierzony. Taki malusi wentylek bezpieczeństwa dla mej nieco przyklapniętej psychiczki.
poniedziałek, 14 marca 2011
Z pewną nieśmiałością mam ochotę krzyknąć, że zawitała nareszcie wiosna. Wiem, wiem- w marcu jak w garncu. Ale na dworze jest tak ślicznie, że nawet nie mam ochoty myśleć, jaki jeszcze numer może wywinąć marcowa aura. Póki co otwieram drzwi balkonowe i planuję się delektować, tym bardziej, że jakoś szczególnie w tym roku miałam wrażenie, jakby ta zima miała nigdy się nie skończyć. Zawitała więc iskierka nadziei. Wiosna to rewelacyjny czas na porządki. Nie tylko w szafie. W związku z tym nasza wyprowadzka z Opola (tak, tak, nadszedł ten dzień) wypadła w czasie wprost do tego stworzonym. Teraz trzeba tylko pozbyć się sentymentów, żeby nie targać za sobą całego bagażu niepotrzebnych gratów i tobołów. Z każdą przeprowadzką coraz lepiej mi to wychodzi. A od pierwszego kwietnia nowe życie, proszę państwa. To znaczy częściowo nowe, ale nauczyłam się traktować zmiany, nawet najmniejsze, jak coś pozytywnego, toteż jestem pełna entuzjazmu. We will see.
11:30, malarasta
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 lutego 2011
Właśnie skończyłam czytać reportaż S. Aleksijewicz "Krzyk Czarnobyla". Jakoś mnie to pociąga i fascynuje, chociaż jednocześnie powoduje dziwny nerwowy uścisk w brzuchu. Opowieść rozpisana na głosy. Opisy koszmarnego umierania przeplatają się z obrazami zwyczajnego, wiejskiego życia w skażonej zonie. Te ostatnie nieodparcie przywodzą na myśl "Piosenkę o końcu świata" Czesława Miłosza. W dzień końca świata wszytko toczy się swoim rytmem, zawiedli się Ci, którzy czekali na grom z jasnego nieba. Kiedy czytałam o ludziach pędzących swój żywot na skażonej ziemi, żywiących się jej płodami, po głowie kołatała mi się jedna myśl "Innego końca świata nie będzie". Dziwnie brzmią też głosy dzieci opowiadające o wszechobecnym strachu po katastrofie. I o umieraniu. Kolegów. Własnym. Czego by nie mówić o katastrofie sprzed 25 lat, niesamowite jest jak bardzo zmieniło się w ciągu kilku chwil życie ogromnej rzeszy ludzi. Setek tysięcy przesiedleńców, ale również tych, którzy wysiedlić się nie pozwolili. Tych, co żyli tam i wtedy, ale także całych pokoleń, które nadeszły i dopiero mają nadejść. Pojedynczych osób, młodych małżeństw, żon i matek strażaków, którzy jako pierwsi zostali wysłani na ratunek do płonącej elektrowni, a później zostali pochowani w cynkowych trumnach, zalanych betonem na moskiewskim cmentarzu. Nierealnie wyglądają zdjęcia opuszczonej i niszczejącej Prypeci, zarośniętej niemal w całości ogromnymi drzewami, po środku której ciągle stoi kolorowa karuzela. Wszystko tuż obok, na wyciągnięcie ręki, działo się tak niedawno i ciągle się staje, a jednak trudno uwierzyć.
"Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie."
piątek, 04 lutego 2011
Życie gna w takim tempie, że ciężko za nim nadążyć. Mimo że czas ucieka nie czuję potrzeby narzekania. Wszystko plecie się nieźle, dokładnie tak, jak powinno być. Przynajmniej tak mi się wydaje. Pomimo tego pędu, mimo iż nawet nie wiem, w którym momencie skończył się styczeń i przyszedł luty, okazji do trenowania cierpliwości mi nie brakuje. Zresztą jak widać potencjalnym czytelnikom niniejszego bloga też nie;) Uczę się z musu tej cierpliwości, której od najmłodszych lat tak bardzo mi brakowało. Uczę się jak nie być w gorącej wodzie kąpana, jak powstrzymać ogromną falę emocji, zapanować nad nią. I to też jest coś ciekawego, chociaż wcale nie przychodzi łatwo. Zresztą coraz lepiej rozumiem, że to, co przychodzi łatwo nie zawsze jest wartościowe, a zmaganie się ze sobą samą i swoimi słabościami też ma pewien urok. Toteż się zmagam, chociaż czasem doprowadza mnie to do szału. Jestem jednak zadowolona ze swojego życia, powoli układam (układamy) je sobie tak, jak powinno wyglądać i dobrze mi z tym. Muszę tylko wygospodarować więcej czasu na bloga, bo brak mi pisania podczas tych przerw.
wtorek, 04 stycznia 2011
I znów kolejny rok. Jakoś coraz szybciej mijają dni i lata. A zawsze wydawało mi się, że dorośli nie mają racji. A teraz sama jestem dorosła. W każdym razie powoli zaczynam to sobie uświadamiać. Bardzo powoli. Tak jakby nie do końca ten fakt wzbudza mój zachwyt. Możecie powiedzieć, że jestem malkontentem, we wszystkim doszukuję się tylko wad. To zdecydowanie nie tak. Otacza  mnie szum informacyjny, chaos. Mam kilka lat ponad 20 i nie wiem w którą stronę się skierować, co ze sobą zrobić, czym się zająć. jest kilka rzeczy, które mnie interesują, ale nie mam pojęcia jak mogę się za nie zabrać. Głupie, wiem. Trochę przerażające na dokładkę. Zdaję sobie sprawę, że żyjemy w czasach znacznie lepszych niż nasi rodzice, dziadkowie (chociaż z drugiej strony będąc w moim wieku, w tych siermiężnych czasach, moi rodzice mieli już wybudowany swój własny dom). Mamy więcej wolności, swobody, możliwości. Podobno od przybytku głowa nie boli. Ale chwilami mam wrażenie, że jednak... Ten nadmiar wolności wielu sprowadza na manowce, korupcja i oszustwa ujawniane są na każdym kroku. Za dużo studentów i absolwentów utrudnia znalezienie pracy (dziś już niemal każdy MUSI mieć tytuł magistra). Zbyt wielu urzędników powoduje przerost administracji, papierologii i wzrost długu publicznego (a później na wybrańców pada blady strach, bo trzeba administrację rządową okroić). Z drugiej strony ten "przybytek" wydaje się być w wielu miejscach pozorny i łatany na siłę ładnymi słowami. Nawet nie chce mi się wymieniać, zapewne każdy i tak doświadczył tego na własnej skórze. Jakoś tak to bywa, że najwięcej jest tego, czego wcale tak wiele nie potrzeba. Przydałby się jakieś drogowskazy w tej dżungli. Co ze sobą zrobić?
środa, 01 grudnia 2010
"Mijają dni, miesiące, mija rok, prawdziwe życie mija nas o krok...". Znacie to? Co prawda kontekst utworu jest nieco inny, niż kształtuje się to w tym momencie w mojej głowie, ale co mi tam! Już za parę dni, za dni parę minie pół roku od dnia, w którym zostałam, jak to dumnie brzmi, magistrem filologii polskiej. I co? I nic! Wielkie, ogromne, ziejące pustką niczym czarna dziura NIC. Pracy brak a i pomysłów jakoś nie mam co jeszcze mogę zrobić. Przyznam szczerze, że od mojego obecnego sposobu przynoszenia pieniędzy w domowe pielesze wolałabym wiele posad, ale bez przesady. Wszędzie tylko kasjer-sprzedawca (to żadna poprawa bytu, nazwała bym to raczej ciążeniem w kierunku dołu, bez oczywiście urazy dla ludzi, którzy się tym zajmują), przedstawiciel handlowy (nie, nie, nie i jeszcze raz nie), że o wykładaniu towaru, roznoszeniu ulotek i innych takich nawet nie wspomnę. A jak tylko pojawia się ciekawsza oferta to: dwa/trzy/pięć itd. lat doświadczenia  w branży, znajomość specjalistycznych programów konieczna (nie, nie chodzi tu o pakiet office), doświadczenie w tym i tamtym (a skąd ja mam, przepraszam, tego nabrać jak wszyscy po prostu chcą żeby to już mieć?), że nie wspomnę o wymaganiach dla pracownika biurowego: dobry stan zdrowia i tężyzna fizyczna (WTF?). Stąd też poziom mojego niezadowolenia wzrasta, pomimo moich usilnych prób przeciwdziałania. Teraz widzę, że pomysł z usamodzielnieniem się finansowo od rodziców jeszcze podczas studiów był strzałem w kolano. Trzeba było wysysać Mamutów (to taki skrót od mamy i taty wymyślony przez mego nad wyraz kreatywnego brata) do krwi ostatniej, robić praktyki, szaleć za darmo w jakichś redakcjach, wydawnictwach, biurach, a teraz mieć coś w tych papierach. A ja głupia myślałam, że fajnie jest zarabiać na życie w jakiejś nieszczególnie ambitnej pracy tymczasowej, którą po studiach się przecież zmieni. I teraz masz babo placek. Mimo ślicznej zimowej scenerii za oknem i szybko nadchodzących moich ulubionych świąt poziom frustracji wzrasta.
sobota, 06 listopada 2010
Podkradłam ten ładny szablon Irytkowi. Postaram się później, żeby gdzieś to było widoczne, ale w tym momencie muszę już się zbierać do pracy. Tak że póki co:
Dziękuje bardzo, Irytku :)
11:02, malarasta
Link Komentarze (2) »
Jestem świeżo po lekturze reportażu o internetowych gwiazdach (a tak, gwiazdach, bo nie znoszę słowa celebryci) w najnowszym (45) numerze Newsweeka. Po przeczytaniu pozostało mi niejasne, aczkolwiek nieodparte wrażenie, że autor usilnie stara się ściągnąć bohaterów swojego artykułu z jakiegoś niezwykle wysokiego piedestału, na którym nigdy (przynajmniej w moim odczuciu) się nie znajdowali. Nie twierdzę oczywiście, że nie są popularni, znani i kochani, wszak Wawrzyńca sama czytuję regularnie, a i o pozostałych oczywiście słyszałam tu i tam. Chodzi mi bardziej o to samo, o co idzie cytowanemu w artykule dr. Jackowi Wasilewskiemu- Ci ludzie są jednymi z nas, są zwykłymi członkami społeczeństwa, czy nawet w węższym pojęciu społeczności internetowej. Dlatego zdają się być (a być może i są) tacy wiarygodni, autentyczni itp. Nie odczuwam tego, jakby byli gdzieś ponad wszystkimi, na wyżynach, stąd nie trzeba mi uświadamiać, że to normalni ludzie tak jak ja czy Ty. No ale może jestem w mniejszości. Sam reportaż też mnie nie zachwyca. Pomysł na podział TUTAJ i TAM wydaje się być nawet niezły, ciekawy, ale mam jakieś takie poczucie niedosytu, jakby autor nie wyczerpał formuły do końca, jakby dało się to zrobić lepiej, ciekawiej, inaczej. A jest zrobione tak aby było, naiwnie. Nie wspominając o odsłanianiu szczegółowych personaliów osób, które nie do końca mogły sobie tego życzyć (jak choćby skryty za klawiaturą Wawrzyniec) i kilku innych drobiazgach. No i jeszcze czekam na efekt końcowej wypowiedzi Kominka "Wstaję, kiedy chcę, piszę, co chcę i kiedy chcę, i jeszcze mi za to płacą.". Spodziewam się teraz w sieci lawiny ludzi, którzy znajdą sposób na wyrażenie siebie (ale przede wszystkim na życie) w wyrażaniu swoich kontrowersyjnych opinii (nie pomijając przy tym Kominkowej recepty ze słowem kurwa w tle). Efekty nietrudno przewidzieć, ale lawiny i tak to nie powstrzyma.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36